headerphoto
Plebania - Na północ (recenzja Teraz Rock)
Plebania_napolnocPrzede wszystkim wielkie brawa za odwagę i konsekwencję w podążaniu własną ścieżką, bez oglądania się na innych. Plebania doskonale wie, czego chce, a to w dzisiejszej muzyce rockowej niezwykle ważne. Od lat z powodzeniem opowiada na różne sposoby tę samą, „transkulturową” historię, usiłując znaleźć punkty wspólne punk rocka i rdzennej muzyki indiańskiej.


Na północ to kolejny rozdział tej historii, w ogólnych zarysach podejmujący wątki znane z poprzednich dokonań zespołu. Mamy więc proste, surowe kompozycje uzupełnione pentatoniczną, folkową melodyką oraz całą gamą niby-indiańskich zaśpiewów. Mamy też tajemnicze, wykonywane w wymyślonym języku teksty, gdzie zdecydowanie większą wagę przywiązuje się do samego brzmienia słów i sylab niż ich rzeczywistego znaczenia. Instrumentarium ograniczone zostało do absolutnego minimum. Słyszymy tylko perkusję, melodycznie potraktowany bas (to swoisty znak firmowy zespołu) i gdzieniegdzie harmonijkę ustną. Czasem zabrzmi też jakaś „etniczna” grzechotka. I to wszystko. Dzięki temu muzyka nabiera charakteru skrajnie ascetycznego, a zawarty w poszczególnych utworach emocjonalny przekaz (bo trudno mówić o jakimkolwiek innym) wysuwa się na plan pierwszy, nie ginie w natłoku brzmieniowych sztuczek.
A jednocześnie pomimo całej tej surowości i niezwykle oryginalnych, jak na nasze warunki, rozwiązań stylistycznych (które jednak nie każdemu muszą odpowiadać), to naprawdę fajna, punkowa płyta. Pełna niczym nie skrępowanej, pierwotnej energii. Słuchając takich kawałków, jak choćby otwierająca całość Arhonada, Mehene czy Khala-maan-do aż się chce rozpalić ognisko i skakać dookoła, sławiąc Wielkiego Ducha. A z drugiej strony są tu również utwory takie jak PWW’s Inter-tribal Song, wprowadzające atmosferę uduchowionego transu. To muzyka, która oddziałuje w pierwszym rzędzie na wyobraźnię. Daje punkt zaczepienia, a resztę trzeba sobie dopowiedzieć. Jeśli natomiast ktoś liczył na atrakcyjnie podane, lekkostrawne danie (a w dodatku nigdy nie lubił książek Karola Maya), od razu może sobie darować. Zanudzi się na śmierć już przy trzecim numerze. (MAREK ŚWIRKOWICZ / Teraz Rock)